Recenzja
Zofia Staniszewska - Czarownica z Radosnej
Zofia Staniszewska od lat pisze bajki i wiersze. Wiele z nich publikuje na łamach „Świerszczyka”, z którym od dłuższego już czasu współpracuje. Jej zamiłowanie do świata baśni znajduje wyraz na stronach Czarownicy z Radosnej. Fabuła książki poprzetykana jest baśniami, rymowankami, wyliczankami. Bogata wyobraźnia pomaga pisarce nie tylko w konstruowaniu bajkowych opowieści, ale również w przydawaniu światu przedstawionemu magicznego wymiaru. W radoszczańskich rosochatych iwach kochają się rogate diabły, a złośliwe chochliki sypią próchnem w oczy każdemu, kto chce zajrzeć do ich przytulnej dziupli. Zaś główna bohaterka powieści, niczym leśny owoc rozświetlająca zieleń i brąz leśnego poszycia, jest… czarownicą.
Moja mama jest czarownicą. Była nią zawsze, choć niektórzy twierdzą, że jest bibliotekarką, pracującą w gimnazjum. Ale czy zwykła bibliotekarka miałaby władzę nad czasem i snem, czy słuchałyby jej zwierzęta i ptaki? (…) Skąd wiem, że ona rządzi czasem? Ponieważ ona go stwarza swoim działaniem, bez niej cały świat zastyga w bezruchu, a czas znika.
Jagoda czaruje – rzuca uroki, wierzy w zaklinanie rzeczywistości, żyje w zgodzie z naturą, wsłuchując się w bicie serca ziemi. Sadzi wierzby – drzewa życia – i uprawia białą magię. Żyje, szanując odwieczne rytuały, a dzięki temu cieszy się wewnętrzną harmonią. Wiejski domek w Radosnej stanowi jej azyl, miejsce ukojenia, w którym czas przysypia sobie na zapiecku albo pod jabłonkami. To dzięki zespoleniu z przyrodą, Jagoda wiedzie życie pełne miłości, dobroci i szczęścia. Jednak, w gruncie rzeczy, nie różni się ono w niczym od życia wiedzionego przez inne trzydziestolatki. Młoda bibliotekarka, wdowa z dwójką dorastających dzieci, żyje zajęta drobnymi sprawami: wychowywaniem źrebaczka, walką z dyrektorką szkoły obcinającą fundusze dla biblioteki, unikaniem wiejskich swatek, rozmowami z przystojnym astronomem i jeszcze przystojniejszym malarzem… Zaprzątnięta prozaiczną codziennością, Jagoda cieszy się drobiazgami – grzybobraniem z przyjaciółką, galopem na Eponie, puszczaniem wianka na szemrzące wody Dziwożony w Noc Kupały, pieczeniem księżycowego biszkoptu z jagodami czy słonecznego sernika w kratkę. Właśnie te, pozornie nieważne, czynności, składają się na pełne uroku życie w Radosnej. Małej wsi, zdawałoby się, na końcu świata.
Czas w Radosnej płynie niespiesznie, powoli, wręcz ospale, a atmosfera wsi emanuje serdecznością wiejskiej społeczności. Pełno tu ciekawych postaci – wścibska Ryśkowa, polonista na traktorze, zdziwaczała Babucha, obłąkany młynarz doznający objawień. Panorama nieco stereotypowych, ale sugestywnie odmalowanych bohaterów, to niewątpliwy atut powieści Staniszewskiej. Podobnie jak apoteoza wiejskiego życia, w myśl wersów pieśni Jana Kochanowskiego: Wsi spokojna, wsi wesoła….
Pisarka pracowała wcześniej jako nauczycielka i grafik komputerowy. Kilka lat temu wyprowadziła się z Poznania do domu pod lasem, gdzie, jak sama mówi, hoduje konie, psy, koty, pająki, dzieci i męża. Mając tę wiedzę, nie można nie doszukiwać się podczas lektury Czarownicy z Radosnej wątków autobiograficznych. Pytanie, na ile Jagoda jest Zofią a Zofia Jagodą, bezustannie pobrzmiewa w myślach, kiedy zaczytujemy się w słowach przenoszących nas do radoszczańskiego świata.
Jedynym minusem powieści są trochę niezdarne stylizacje językowe, zwłaszcza język młodzieży – sztuczny, nieprawdopodobny, wręcz groteskowy. Razi, gdyż jest zupełnie oderwany od rzeczywistości, choć, skądinąd, nawet poprawnie użyty, zupełnie do radoszczańskiego świata nie pasuje. A ten, choć wymyślony, jawi się jako niezwykle realny. Usadowiony na granicy rzeczywistości i baśniowości, tradycji i współczesności, zachwyca niecodziennym połączeniem dwóch perspektyw – rzeczywistej i nadnaturalnej.
Zofia Staniszewska na trzystu stronach powieści powołała do życia krainę, w której szalenie miło jest przebywać i którą szalenie przykro jest opuszczać. Zakończenie, zamiast przynieść spodziewane rozwiązanie akcji, pozostawiło mnie z pozbawionymi odpowiedzi pytaniami. Czy Paweł postawił stopę na Czarnym Lądzie? I jak na jego decyzję zareagowała Kamila? A jaka była mina męża Agi na widok jego wirtualnej miłości – Żabci? Pani Zofio, tak nie można. Bardzo proszę o ciąg dalszy! :)


















