Recenzja
Lesley Pearse - Gypsy
Tytułowa „Gypsy” z powieści Lesley Pearse to młoda dziewczyna, której spokojne, dostatnie życie, zostaje nagle przerwane. Najpierw umiera ojciec, potem matka, zostawiając ją i jej starszego brata z niemowlęciem, które właściwie zdaje się być winne wszystkiemu. Obydwoje muszą zadbać o siebie. Stać się nagle dorosłymi, porzucić marzenia. Ale jest coś, czego nie można jej w żaden sposób odebrać. To muzyka. Miłość, choć nie wypełniana, kwitnie. Przeobraża się w tęsknotę i wraz z kolejnymi razami codzienności, kształtuje się w duszy dziewczyny… Wszystko po to, by gdy nadejdzie czas – wybuchnąć nutami, ekspresją ciała, szaleństwem zmysłów. Lesley Pearse prowadzi nas przez angielską monotonię po szaleństwo złota w Ameryce. Jej bohaterowie dorastają, a kolejne wydarzenia zmuszają ich do gwałtownych wyborów. Nic zdaje się nie być im oszczędzone. Nagłe wyrwanie ze znajomych objęć angielskiej mgły prosto w rozkwitający, amerykański sen, odbijają się na kształtujących się osobowościach Beth, Sama i ich wiernego przyjaciela. Pragnienia muszą poczekać, tylko jak długo wszyscy będą w stanie podążać ścieżkami, które zdają się wytyczać za nich inni? Bo właśnie tak traktuje swoich bohaterów autorka. Zdaje się piętrzyć przed nimi trudności, zmuszać do specyficznych zachowań, nakazuje odrzucać im normy, w jakich zostali wychowani, rozumieć przeszłość, akceptować niepewność przyszłości. Ból. I choć może nie rysuje cudownie tła świata, w którym dzieje się akcja, to jednak nadrabiając to wnętrzami bohaterów. A muzyka? Ona jak zwykle pozostaje odbiciem duszy, jedynym buntem dostępnym, prostym, przeszywającym protestem, którego nie można wykrzyczeć słowami. „Gypsy” to może nie powieść błyskotliwa, inna, ale na pewno wciągająca i szczera. I choć by przejść przez nią należy najpierw zrozumieć definicję desperacji, warto. Warto, by uświadomić sobie, że kobiety od zawsze posiadały siłę. Ową moc, której nie mógł odebrać i nie może, nikt…


















