Recenzja
Kamila Shamsie - Kartografia
I tak jak w Soli i szafranie klątwa „nie-całkiem-bliźniąt” determinowała życie bohaterów, tak też w Kartografii spotykamy dwie bratnie dusze, przyjaciół, którzy mogliby być jednym ciałem, bo jednym duchem już są. Karim i Raheen znają się i przyjaźnią od zawsze. Rozumieją się bez słów, dokańczają nawzajem swoje zdania, rozmawiają anagramami. Można powiedzieć, że było im to pisane, ponieważ ich rodzice to także przyjaciele. Nastolatki dorastają w Karaczi, w mieście, gdzie nigdy nie można czuć się bezpiecznie. Karaczi codziennie jest wstrząsane zamachami na tle religijnym lub etnicznym. Rodzice naszych bohaterów są jednak na tyle zamożni, aby móc trzymać swoje pociechy pod kloszem. Dzieciaki, choć świadome sytuacji, starają się nad nią nie zastanawiać. „To Karaczi, bawimy się ile możemy, bo jutro możemy nie mieć tyle szczęścia” – taka jest filozofia życia Raheen. Kiedy jednak sytuacja w mieście się zaognia rodzina Karima musi opuścić Pakistan. Kontakt między przyjaciółmi coraz bardziej się rozluźnia, ale nigdy nie przestają oni o sobie myśleć.
(...)
Między beztroskim początkiem i dramatycznym końcem opowieści, Shamsie daje nam posmakować krwi, która codziennie wsiąka w pakistańską ziemię. Ale bywa też łaskawa, gdy pozwala nam zanurzyć się w smakach i zapachach o wiele przyjemniejszych. Autorka ma dar tak sugestywnego pisania, że każdy kto chce duchowo przenieść się do Pakistanu, usłyszeć muzykę Karaczi, poczuć zapachy unoszące się z biednych i bogatych domów powinien po prostu czytać jej książki. Sama o swoim pisaniu mówi, że jest ono jak igła, która próbuje przecisnąć się przez opowieść. Każdy, kto sięgnie po jej powieści będzie wiedział, że igła ta płynie bardzo rytmicznie i pewnie. Niektóre wątki zszywa, inne zostawia tylko lekko przyfastrygowane. Jej książki to literacki patchwork, który zbudowany z wielu odrębnych elementów tworzy piękną i spójną całość – epopeję na cześć Karaczi.


















